Jakość obsługi była uprzejma powiadomić mnie niedawno emailem o utracie statusu super obserwatora. Dotąd na liście SO zajmowałam miejsce mniej więcej w połowie stawki (ok. 50 miejsca). Szkoda, że wiadomość ta nie została poprzedzona choćby jednym ostrzeżeniem, prośbą o dodanie obserwacji z informacją, że jej brak będzie miał takie a nie inne skutki. Niestety, nikt nie uznał za zasadne powiadomić mnie o czymkolwiek. Szkoda. Z mojego punktu widzenia taka informacja byłaby na pewno warta więcej niż masowy mailing z informacjami o loteriach, w których i tak nic nie wygrywam, w związku z czym mój zapał do udziału w nich systematycznie spada. Słabo.
Mnk, wiadomości mailowe informujące o sprawach klubowych, m.in. o liczbie zdobytych punktów, czy przypomnienia o umieszczaniu obserwacji są rozsyłane do użytkowników. Zgodnie z zasadami Klubu Super Obserwatora, aby nie stracić statusu Super Obserwatora wystarczy umieścić minimum jedną obserwację w ciągu kolejnych 100 dni. Jeśli Super Obserwator systematycznie zgłasza obserwacje to nie musi martwić się tym martwić. Mamy nadzieję, że mimo wszystko pozostaniesz z nami i razem z innymi użytkownikami będziesz oceniać polską jakość obsługi. Pozdrawiamy, zespół portalu.
Włoski nadawca nadał...
Włoski nadawca nadał do mnie przesyłkę poleconą. Zawartość przesyłki, w formie dość charakterystycznej tuby o długości niespełna 1 metra z naklejką adresową oznaczoną logo Malleus (krąg czaszek), stanowiły 2 kolekcjonerskie plakaty - jeden o wartości 400 EUR, drugi o
wartości 50 EUR. Rozmiar każdego plakatu po rozłożeniu wynosi ok. 50x70 cm. Przesyłka została zaadresowana na moje nazwisko oraz adres firmy, w której jestem zatrudniona. Zgodnie z informacjami, wynikającymi z trackingu (opcja śledzenia przesyłek na stronie www.poczta-polska.pl), przesyłka została przyjęta
w Polsce 15 grudnia 2011 r. o godzinie 20:15. Następnego dnia, 16
grudnia 2011 r. przesyłka została wysłana do doręczenia. Z rozmów ze
świadkami (tj. z listonoszem doręczającym codziennie przesyłki do firmy oraz z pracownikami kancelarii firmy) wynika, że
listonosz w dniu 16 grudnia 2011 r. dysponował co najmniej listem
przewozowym do przesyłki. List ten nigdy nie został podpisany przez
któregokolwiek z pracowników kancelarii, co oznacza, że nawet
jeśli listonosz podjął rzekomą próbę doręczenia przesyłki do firmy, w
praktyce nigdy nie dostarczył jej do miejsca przeznaczenia. Listonosz
twierdzi ponadto, że mimo iż potwierdził odbiór przesyłki do
doręczenia (tj. podpisał wykaz przesyłek, obejmujący także numer
zaginionej przesyłki), w rzeczywistości nigdy jej nie otrzymał od
osoby, która przekazywała mu wykaz wraz z przesyłkami.
Z powyższego wynika, że przesyłka zaginęła albo została ukradziona w
jednym z dwu wskazanych wyżej miejsc/momentów:
a) w rozdzielni przesyłek, albo
b) podczas próby jej doręczenia przez listonosza.
Mając na uwadze, że z rozmów przeprowadzonych z listonoszem, który
doręczał przesyłkę, przez kontrolera UP Warszawa 1
(w dniu 28 grudnia 2011 r.), wynika, że w dniu 16 grudnia 2011 r.
listonosz doręczający przesyłkę nie wszedł w posiadanie tuby
zawierającej zaginione plakaty, należy przyjąć, że tuba z plakatami
nigdy nie została mu wydana przez pracownika który takiego wydania
dokonywał, pomimo wykazania numeru tej przesyłki na liście odbieranych przez listonosza przesyłek, przeznaczonych do doręczenia w dniu 16 grudnia 2011 r.
Skoro tak, najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, według
którego za zaginięcie (kradzież?) przesyłki odpowiada pracownik UP 1:
a) ten, który wprowadził przesyłkę do systemu ewidencji przesyłek
(kolejne statusy przesyłki to: doręczona do Polski / wydana do
doręczenia adresatowi / doręczona - chociaż w rzeczywistości ostatni
etap nigdy nie zaistniał) albo
b) ten, który wydał przesyłki listonoszowi do doręczenia w dniu
16 grudnia 2011 r.
Mając na uwadze, że:
a) krąg osób zatrudnionych w UP 1 (w szczególności, w rozdzielni)
obejmuje konkretną grupę osób, którą w sposób jednoznaczny można
zidentyfikować z imienia i nazwiska,
b) UP 1 bez trudu jest w stanie ustalić, które osoby pracowały w
rozdzielni w dniu / w nocy, w którym przesyłka została wprowadzona do systemu jako doręczona do Polski, oraz przeznaczona do doręczenia w dniu 16 grudnia 2011 r.,
c) UP 1 bez trudu jest w stanie ustalić, który pracownik
przekazał listonoszowi wykaz przesyłek, uwzględniający numer zaginionej przesyłki, bez jednoczesnego fizycznego wydania tej przesyłki,
d) UP 1 bez trudu jest w stanie ustalić, który pracownik
wprowadził do systemu dane (dostępne na stronie www.poczta-polska.pl, w opcji śledzenie przesyłek), zgodnie z którymi doręczenie przesyłki nastąpiło w dniu 20 grudnia 2011 r. o godzinie 18:08 (w rzeczywistości takie zdarzenie nie miało miejsca, poza tym doręczenie przesyłek pocztowych do PKP Energetyka nigdy nie następuje o tak późnej porze),
e) UP 1 dysponuje danymi osobowymi pracowników zatrudnionych w
urzędzie pocztowym, w którym przesyłka zaginęła, których należy - w
opisanych okolicznościach - uznać za podejrzanych o kradzież,
UP 1 posiada wszelkie możliwości ku temu, by w sposób jednoznaczny i
niebudzący wątpliwości określić, którzy pracownicy urzędu pocztowego
są zamieszani w zaginięcie przesyłki i wyciągnąć w stosunku do nich
konsekwencje.
Nie ma tu znaczenia fakt, że formalnie za przesyłkę odpowiada
listonosz, który pokwitował odbiór przesyłki do doręczenia, mimo że
faktycznie jej nie otrzymał. Okoliczność, że formalnie
odpowiedzialność niejako przeszła na listonosza nie powinna oznaczać,
że poczta uważa problem za załatwiony i nie jest zainteresowana
wyjaśnieniem sprawy, a faktyczny złodziej może czuć się bezpieczny.
Poczta powinna podjąć wszelkie możliwe działania w celu ustalenia
faktycznego sprawcy kradzieży i wyciągnięcia wobec niego konsekwencji, choćby w celu zapobieżenia podobnym zdarzeniom w przyszłości.
Poczta powinna zadać sobie trud odpowiedzi na poniższe pytania:
- dlaczego poczta odmawia przeprowadzenia dochodzenia wśród
pracowników rozdzielni w celu ustalenia, czy osobie, która wprowadziła
do systemu przesyłkę o numerze zgodnym z numerem nadanym tubie z
plakatami, znany jest dalszy los zaginionej tuby?
- być może inni pracownicy rozdzielni zwrócili uwagę na taką przesyłkę?
- w jaki sposób przesyłka o tak charakterystycznym 'wyglądzie' i
rozmiarze mogła opuścić rozdzielnię (skoro obecnie, zgodnie z
informacjami uzyskanymi na poczcie, w rozdzielni przesyłek ponad
wszelką wątpliwość, tuby nie ma)?
- czy pracownicy rozdzielni mogą wynosić z niej dowolne paczki, wedle
własnego uznania? Czy obieg przesyłek jest w urzędzie w jakikolwiek
sposób kontrolowany?
- w jaki sposób tuba, nigdy nie wydana listonoszowi, zaginęła w
rozdzielni? (od dnia jej wprowadzenia do systemu do dnia, w którym
zorientowałam się, że ktoś paczkę najprawdopodobniej ukradł, minęło 11 dni, w tym okres świąteczny)?
- jak doszło do tego, że nigdy nie doręczona przesyłka została
ostatecznie oznaczona w systemie jako doręczona w dniu 20 grudnia 2011 o 18:08 oraz, przede wszystkim, KTO OZNACZYŁ przesyłkę w ten sposób w systemie i na jakiej podstawie? Po pierwsze, posiadana przez UP 1 dokumentacja wskazuje, iż nieudana próba doręczenia przez listonosza miała miejsce 16 grudnia 2011, po drugie kancelaria firmy czynna jest codziennie tylko do 15:30, w związku z czym doręczenie przesyłki o wskazanej godzinie w dniu 20 grudnia 2011 r. byłoby w praktyce fizycznie niemożliwe,
- dlaczego poczta nie zadała sobie trudu odpowiedzi na ww. pytania,
dlaczego jedyną odpowiedzią na stawiane przeze mnie pytania jest
sugestia, by Włosi-nadawcy złożyli reklamację w swoim urzędzie
pocztowym?
- dlaczego poczta toleruje tego rodzaju incydenty, przyzwalając tym
samym na to, by nieustannie zdarzały się kolejne (co roku nie dociera
do mnie blisko 10 przesyłek zagranicznych o różnej wartości; zakładam,
że większość kradzieży ma swoje źródło w rozdzielniach).
Fakt, że nadawca nie powinien wysyłać przesyłki listem poleconym
nieubezpieczonym to jedno. Nie powinno mieć to jednak żadnego
znaczenia dla oceny, że poczta ma obowiązek przesyłki doręczać, nie
zaś je kraść. Takie stawianie sprawy, tj. powoływanie się brak
ostrożności nadawcy, może sugerować, że każdy list polecony
nieubezpieczony potencjalnie może zostać przez pracownika poczty
ukradziony i nie będzie w tym nic nadzwyczajnego, skoro bowiem nadawca przesyłki nie uznał za zasadne jej ubezpieczyć, znaczy to tyle, że zaakceptował fakt, iż przesyłka ta może nigdy nie zostać doręczona adresatowi.
Zasadnicza kwestia to okoliczność, że zawartość tuby była unikalna, w
związku z czym refundacja zawartości z mojego punktu widzenia i tak
nie zrekompensowałaby mi straty. Zaginione przedmioty mają przede
wszystkim kolekcjonerską wartość. Jeden z dwu zaginionych plakatów
jest ściśle limitowany, a kupiony przeze mnie egzemplarz jest jedynym
tego typu plakatem, nabytym przez klienta z Polski. Oznacza to, że
każda inna osoba, która wejdzie w posiadanie tego plakatu, będzie
posiadać egzemplarz kradziony (względnie, nabyty od złodzieja).
Obowiązkiem poczty jest doręczać przesyłki, nie je kraść. A jeżeli już
przesyłkę ukradziono, tak jak w tym przypadku, poczta powinna wykazać MAKSIMUM DOBREJ WOLI w celu wyjaśnienia sprawy, a nie zamiatać problem pod dywan.
Co na to wszystko złodziejski urząd? Nieoficjalnie stwierdził, że choć krąg podejrzanych jest bardzo wąski, nie ma sensu przyciskać ludzi, BO I TAK NIKT SIĘ NIE PRZYZNA!!!
Wybrałam się z mężem i synem do cenrum ogrodowego w Wierzchowiskac koło Świdnika. Bardzo dobry dojazd, duży parking, bardzo ładnie urzadzony i na tym koniec pozytywnych rzeczy. Po wejściu czuć było nieprzyjemny zapach, ceny nie powalały.. Kiedy juz znaleźlismy to czego szukaliśmy (doniczki) udaliśmy sie do kasy. Maz stal pierwszy i wykladal rzeczy z koszyka na tasme ja rozmawialam z dzieckiem Wtem kasjerka (starsza blondynka z odrostami ;) ) ozwała się do mnie tymi słowy " nie wygląda mi pani na blondynke a wklada pani tak podtawki do doniczek jak blondynka" :| zamurowało mnie, pytam meza czy mam to odpowiednio skomentowac ale pokiwal przeczaco glowa... Klimakterium straszna rzecz, wiec takich osób nie powinni w ogole zatrudniac Co to za traktowanie klienta Ja rozumiem ze jestem mloda i ladna (no i skromna przede wszystkim ;p hehe) ale to nie jest powod zeby sie na mnie wyżywac... Moja noga tam wiecej nie postanie chociaz mam ochote jeszcze sie tam jeszcze pokazac ;)
Pozdrawiam nieuprzejma kobietkę ;]
Udaliśmy się do tego sklepu po wizycie w Jankach, gdzie sprawdzono w systemie, że poszukiwana sukienka jest w Piasecznie. Pierwszym krokiem był telefon (otrzymany w Jankach) celem sprawdzenia czy sukienka jest dostępna. Udało się dodzwonić dopiero po kilku próbach (wcześniej po kilku sygnałach zgłaszał się fax) ale w miarę sprawnie potwierdzić dostępność sukienki i poprosić o odłożenie. Udaliśmy się tam od razu po telefonie. Do sklepu wchodziliśmy o 20:43 (17 minut do zamknięcia). Co dziwne roleta wejściowa była już lekko opuszczona (nie wymagała schylania, ale jakby dawała sygnał - zaraz zamykamy). W środku zamieszanie - kilka klientek, 2 osoby obsługi - jedna przy kasie a druga gania z głośnym odkurzaczem między wieszakami co chwila przeganiając klientów w inne miejsce. Żona przy kasie otrzymała sukienkę, która zgodnie z ustaleniami telefonicznymi była dla niej odłożona i poszła do przebieralni, gdzie akurat trwało odkurzanie. Warto zaznaczyć, że było co odkurzać - na podłodze (gdzie jeszcze nie odkurzono) było pełno paprochów i zwitków kurzu (co ciekawe w tym samym sklepie w Jankach godzinę wcześniej było czysto). Wejście do przebieralni zagrodziła żonie pani z odkurzarzem i z wielką pretensją w głosie oznajmiła "Zaraz zamykamy" tak jakby czekając, że żona się rozmyśli, nie będzie przymierzać i wyjdzie (a zaznaczę, że była godzina 20:46 - 14 minut do zamknięcia). Nie mniej pozwoliła przymierzyć sukienkę, która okazał się akurat. Pozostało jeszcze zapłacić - 10 minut oczekiwania, ze względu na kolejkę do kasy (tylko 1 osoba obsługi - może gdyby wspomogła ją druga zamiast odkurzać między klientami - było by sprawniej?). A dalej to tylko cieszyć się z sukienki, bo z obsługi niestety zadowolonym być nie można.
Wizyta w ramach poszukiwania kreacji sylwestrowej przez moją Żonę. Przede wszystkim porządek - zarówno na podłodze jak i na wieszakach. Wieszaki z sukienkami oznaczone (dodatkowa promocja świąteczno-noworoczna) - spory wybór kreacji, choć troszkę gorzej z dostępnością rozmiarów. Obsługa widoczna - stara się pomóc, pokazać, doradzić, znaleźć rozmiar itp. Po przymierzeniu odbiera odkładane ubrania i odwiesza sama na wieszaki. Po wybraniu sukienki żona - jako, że nie była jeszcze na 100% pewna i chciała sprawdzić w innych sklepach - poprosiła o odłożenie wybranej sukienki. Sympatyczna pani potwierdziła taką możliwość i powiedziała, że może ją na 24h odłożyć, po czym schowała do specjalnej szafy za ladą. Okazało się jednak, że wychodząc żona zauważyła jeszcze jedną sukienkę, na którą jakoś nie zwórciła uwagi wcześniej. Po przymierzeniu okazało się, że tak - to jest to - tyle, że gdyby była rozmiar większa byłby większy komfort. Pani sprawdziła, że w sklepie niestety większych nie ma, ale sama z siebie zaproponowała, że sprawdzi w systemie, czy może ta sukienka w większym rozmiarze jest w innym sklepie. Okazało się, że powinna być w Piasecznie. Otrzymaliśmy wieć numer skuienki i telefon do sklepu w Piasecznie. Generalnie. Miło, uprzejmie i bardzo pozytywnie.
Kolacja firmowa na 16 osób. Restauracja nie jest zbyt duża. Posiada 2 poziomy a ze względu na kształt lokalu - tak jakby 3 sale (2 małe na dole - oddzielone barem, szatnią i łazienką i 1 - największa na górze). Nasza kolacja odbywała się właśnie na górze, do naszej obsługi przewidziany był na stałe 1 kelner + 2 wspomagających. Przystawki były z góry zamówione, natomiast drugie danie i deser był wybierany przez każdego z osobna z mini menu (po 2 opcje drugiego dania i 2 opcje deseru). Pierwsze wrażenie pozywytne - przyjemy dla oka wystrój, czysto, schludnie. Przystawki ogólne (bardzo smaczny śledź) już na nas czekały. Niestety do śledzia podano chleb (świeży) w zbyt małej ilości jak na tą ilość osób. Kelner poproszony o doniesienie zareagował natychmiast biorąc puste koszyczki i zniknął na 15 minut.... W końcu przyniósł pełne koszyczki - tyle, że przez ten czas śledź już zniknął. Niedługo potem podano po talerzu przystawek dla każdego - całkiem smaczne i ładnie podane. W miedzy czasie kelner zebrał od wszystkich zamówienia na drugie danie i deser. Poproszono o wino i dodatkowe napoje bezalkoholowe. W sprawie wina - jak najbardziej pozytywnie - całkiem niezła znajomość gatunków, spory wybór, dobre doradztwo i sprawne podanie. W sprawie zwykłych napojów (cola itp) - już gorzej - od zamówienia do otrzymania trzeba było czekać po 10-15 minut, niektórzy musieli się przypominać, bo poprosili a nie dostali i znów czekali - tak było przez cały czas kolacji - spory minus. Drugie dania i desery niedługo potem - podane sprawnie i w jedym czasie dla wszystkich - bez pomyłek - każdy dostał zgodnie z wyborem. Po deserze większośc osób poprosiła o kawę lub herbatę. Niestety po przeszło 25 minutowym oczekiwaniu większośc osób (część została dłużej) stwierdziała, że zbyt długo to trwa i jest już na tyle późno, że trzeba wracać do domu i bez kawy lub herbaty zakończyła kolację. Podsumowywując - jedzenie jak najbardziej na plus, wino - także, natomiast ogólna obsługa - szczególnie w zakresie organizacji i czasu obsługi na spory minus. Ocena za wygląd byłaby wyższa, gdyby nie luźna (uszkodzona i nie naprawiona) barierka na schodach powodująca u niektórych gości dyskomfort i obawę o bezpieczeństwo podczas wchodzenia lub schodzenia.
MetalMarket - jak sama nazwa wskazuje, można w nim kupić wszysto co z metalem ma jakiś związek. Już przed wejściem do sklepu rzuca sie w oczy porządek, żadnych papierków, parking zawsze pozamiatany, a taczki, które akurat są na promocny ładnie poukładane i podpisane (ceny, rozmiast, grubość blachy). Szyby również czyste, a na drzwiach wejściowych widoczny były godziny otwarcia. W środku towak poukładany był intuicyjnie, więc poszukując tarcz do cięcia metalu, śrubek, łańcucha i klamerek nie byłem z tym problemu. Chwile dłużej trwało odnalezienie zamiasów, ale to tylko dlatego że było ich dużo w pojemnikach. A skoro o nich możwa to każdy z nich jest bardzo dobrze opisany. Np każdy z kilkunastu rodzajów gwoździ jest szczegółowo opisany (zastosowanie, grubość, długość). Kiedy chciałem obciąć łańcuch nie do końca wiedziałem czy mam to zrobić. Widać, że obsługa czuwa nad biegiem spraw w sklepie, bo nie minęło pół minuty, a młoda pani sprzedawczyni odeszła od kasy, przy której akurat nie było klientów. Zapytała w czym może pomóc, a następnie podała mi obcęgi do łańcucha, których po prostu nie zauważyłem. Przemknąłem następnie do kasy, a z tym nie ma problemu, bo odległość między regałami pozwala na swobodne przemieszczanie pomiędzy nimi. Co ciekawe nigdy nie zdażyło mi się, żeby w czasie spracy ktoś dokładał towar. Widać, że wcześniej o to zadbano. Pani, która wcześniej mi pomogła z łańcuchem, wystawiła fakturę i podziękowała za udane zakupy. Wszystko trwało może 2 minuty, ale za to w miłej atmosferze. Przy tej okazji warto też wspomnieć, że banery reklamowe tego sklepu porozmieszczane są, nie tylko w najbliższym otoczeniu sklepu, ale po całym mieście. Zdecydowanie zachęca to do zainteresowania się tym sklepem.
Nie polecam zdecydowanie tej przychodni. Dodzwonienie się do rejestracji graniczy z cudem, trzeba wiec leciec z chorym na zapalenie dzieckiem i stac godzine w kolejce po numerek ;/ Panie pielgniarki średnio uprzejme, w wakacje była absurdalna sytuacja ze pediatre i doktor J. wyslano razem na urlop wiec z dwuletnim dzieckiem trzeba bylo isc do ogolnego lekarza ktory to przepisal rutinoscorbin?! i antybiotyk rowniez dla dorosłych... żenada.. Jedyna sytuacje ratuje dr N., Bardzo sympatyczna, zawsze przyjmie i zna się na rzeczy...Pozdrawiam
Ogólnie nie polecam dokonywania zakupów w tym sklepie. Występuje podstawowy problem z przetestowaniem jakiegokolwiek sprzętu przynajmniej na 1 dzień. Kupiłam telewizor, po 1 dniu testów okazało się, że nie ma pewnego parametru (moje przeoczenie). W takiej sytuacji chciałam wymienić na inny lub zwrot gotówki. Niestety pomimo moich usilnych prób kierownictwo na każdy mój argument mówiło NIE!!.
Nigdy już nie zajrzę nawet na sekundę do tego kiepskiego sklepu.
Polecam zakupy albo przez internet (zawsze wg prawa istnieje możliwość zwrotu sprzętu) albo w Media Markt (tu przynajmniej dają możliwość przetestowania sprzętu przez 2 tyg, o czym dowiedziała się niestety później).
Najgorsze jest w tym wszystkim to, że Pani kierowniczka zamiast ze mną porozmawiać jak z klientem to po prostu mnie olała, patrząc nieustannie w jakieś papiery podczas rozmowy.
Najlepsza apteka jak dla mnie...Najtańsze leki, bardzo mila obsługa, choć przyznam, że nie wszyscy są tam dobrze doinformowani ;) No, ale ja zawsze staram się ustawiac do którejs z dwóch młodszych Pań z blond włosami ;) wtedy gwarancja 100%zadowolenia. Maja karty lojalnosciowe, wiec mozna zbierac punkty i wymieniac je na nagrody. Szczerze polecam tę aptekę.
Korzystałam z usług tej firmy od ponad 3 lat ale po ostatnim zajściu nigdy w życiu nie wsiąde do tego busa. Weszłam do busa i kierowca na mnie wrzasnął że trzasnęłam drzwiami (czego nie zrobiłam), ale to jeszcze nic, miałam wyliczone 2,50 i kierowcy znowu przeszkadzało tym razem pieniądze był zbyt drobne (po 50 groszy). Szkoda że przyjmują do pracy takich kierowców, nie polecam!
Dramat, bylam w tej aptece stała klientka, minimum raz w miesiacu robilam spore zakupy, zbieralam punkty...Pewnego dnia zachodze i prosze o płyn micelarny - pani mgr nie wie co to jest, szuka szuka mowi ze nie ma po czym UWAGA!?! wraca do kasy i odsługuje innego klienta!!! Wracam i czekam cierpliwie bo sama wypatrzylam go na gornej polce, a ta jakby nigdy nic obsluguje innych klientow...Jednego, drugiego a mnie ma w ...:| Chialam powiedziec pare slow ale w kolejce staly starsze osoby wiec przemilczalam, wyszłam i leki kupilam u konkurencji :) A teraz kupuje tylko w aptece FRAGAL :D
Lokal znajduje się na przeciw empiku, który można łatwo zlokalizować dzięki jedynej w tym centrum handlowym, windzie. Pochodząc do kasy chwilę trzeba było poczekać ponieważ personel musiał widocznie porozmawiać na bardzo ważny temat. Swój stolik musiałam sprzątnąć sama. Kiedy przyniosłam tacę z jednego z niewielu wolnych stolików, które nie było sprzątnięte i wolne w tym samym czasie, znalazły się natychmiast dwie kelnerki, które natychmiast sprzątnęły resztę wolnych miejsc. Rozstawienie stolików i miejsc siedzących również jest niezwykle uciążliwe. Albo za dużo mebli, albo za mało miejsca- z czegoś chyba trzeba zrezygnować, albo pilnować, aby umeblowanie nie migrowało po wyznaczonym stanowisku.
witam co mogę powiedziec o nowo otwartym sklepie spar jest bardzo czysty i przytulny atmosfera bardzo dobra az chce sie tam iść kupować. Bardzo miła i sympatyczna obsługa na mięsnym towar jest bardzo ładnie wyeksponowany , przejrzysty panie uśmiechnięte i bardzo dobry wybór w wędlin sprzedawczynie umią doradzić takze z tego jestem zadowolona taka obsługa się rzadko zdarza . Pieczywo zawsze świeże panie bardzo miłe widać ze bardzo lubą czymać czystość . warzywa świerze i bardzo duży wybór co jest podstawą w każdym sklepie . Obsługa kas mogła by być bardzie zgrana bo jeszcze nie znaja do końca cen lub kodów ale to z czasem można dograć to i dopracować . Właściciel sklepu może być dumny ze swojej załogi i z otwartego sklepu. Życzę dalszych sukcesów w dalszym rozwoju sklepu
Dwa dni przed Sylwestrem przypomniało mi się, że muszę kupić szampana. Pomyślałam, że najszybciej uda mi się go kupić w Carrefour, bo tam zawsze był duży wybór i dość tanio. Od razu po wejściu na sklep skierowałam się do stoiska z alkoholami. Muszę jednak przyznać, że sklep ma bardzo dobrze rozwinięty dział promocyjny, bo przy samym wejściu ustawionych było pełno palet z różnego typu alkoholami, tyle, że jak później zauważyłam, tylko tymi najdroższymi z całego asortymentu. Niedaleko wystawki z winami, wódkami, itd. były poustawiane całe wielkie palety z różnego rodzaju zestawami fajerwerków, wyrzutni, rakiet i takich innych rzeczy niezbędnych w noc sylwestrową. Wszystkie te produkty były tak ciekawie wyeksponowane, że aż skusiłam się i postanowiłam trochę pooglądać. A było co, bo wybór był naprawdę przeogromny! Ceny zaczynały się od 2,99 zł za małe rakietki typu Wulkan, a kończyły się w okolicach 150 zł. Oczywiście nie wspomnę o zimnych ogniach, które można było kupić dosłownie za parę groszy. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że wszystkie te produkty sylwestrowe były wyłożone na paletach, ustawionych w okrąg, a w środku stało dwóch młodych chłopaczków z obsługi sklepu, którzy pomagali klientom w wyborze rakiet i wyszukiwaniu ich w tym wielkim stosie. W końcu Carrefour wpadł na dobry pomysł, dzięki temu na półkach (czyli paletach) panował porządek, nikt niczego nie przestawiał, bo obsługa świetnie nad tym panowała. Widać było ich całkowite zaangażowanie w pracę, to że bardzo im się podoba „ta robota”, dosłownie wkładali w doradzanie klientom całych siebie. Ja nie miałam zamiaru korzystać z ich usług, gdyż zupełnie nie po to przyszłam. Zupełnie nie zwróciłam uwagi na chwyty reklamowe typu wódka przy samym wejściu, bez konieczności szukania po sklepie, a od razu przeszłam do prawdziwego stoiska alkoholowego. Niestety nie znalazłam tego produktu, który miałam zamiar właśnie kupić, ani nawet pustego miejsca po nim. Po prostu sklep w tym roku zdecydował się na zupełnie inny asortyment. Znalazłam tradycyjne ruskie wino musujące w cenach 4,29 zł, 12 zł i 13 zł, było też oczywiście Dorato za 11 zł, Cin Cin za 14,99 zł. i inne. Ceny kończyły się na 35 zł, oczywiście dla takich mniej wymagających. Bardziej zamożni i wymagający tez na pewno znaleźliby coś dla siebie. Zaciekawiła mnie też obniżona cena wódek tradycyjnych, np. Finlandia 0,7 l była za 37,99 zł i świetne Martini (litrowe) za jedyne 32,9 zł. Na szczęście na półkach panował względny porządek i było nawet czysto, co w Carrefour jest naprawdę sukcesem. Wszystkie butelki były dobrze oznakowane, no i co najważniejsze udało się znaleźć znacznie tańszy alkohol od tych wystawionych przy samym wejściu sklepu. A co do pustych miejsc na półkach, to było ich całkiem sporo, raczej nie dlatego, że zabrakło towaru na magazynie,a dlatego, że nie miał kto go wystawić. Biorąc pod uwagę okres gorących zakupów, w sklepie było sporo klientów, ale wszystkie kasy były otwarte i nie trzeba było długo w kolejce czekać...
Postanowiłam wypróbować świąteczną ofertę kawiarni Coffee Heaven. W tym celu udałam się do domu mody Drukarnia. Kilka razy zdarzyło mi się czekać sporo czasu na wolne miejsce w kawiarni. Nie inaczej było i tym razem. Wraz z koleżanką byłyśmy zmuszone do podziwiania asortymentu sklepów, aż do zwolnienia miejsca w lokalu. Na szczęście szybka obsługa, przemiła atmosfera zrekompensowała wszystko. Szybko, sprawnie i do tego z dużym uśmiechem. A kawa?! Przepyszna!
Ocena byłaby pozytywna, gdyby nie niemiły pan nalewający paliwo i często na siłę nakłaniający do zakupu Vervy. Odmowa zakupu droższego paliwa kończy się u tego pana złośliwymi komentarzami i niebywałym chamstwem. Poza tym stacja jest czysta, rzeczy na półkach dobrze poukładane. Niestety, czasem jeden pracownik potrafi zepsuć cały efekt.
Zjawiłam się w tej kwiaciarni, ponieważ potrzebowałam bukietu ślubnego. Trochę z konieczności (ślub w innym miejscu niż pomieszkiwałam ówcześnie) a trochę z naiwności uznałam, że jeśli zamówię bukiet w czwartek to cóż za problem zrobić go i odebrać w sobotę rano? Zwłaszcza, że miał być prosty, klasyczny, z czerwonych róż, które podobno zawsze są w asortymencie sklepu, bez żadnych udziwnień. Moje plany jednak szybko rozwiała Pani ok. 45 l pracująca w tej kwiaciarni. Po wejściu do kwiaciarni (owszem - czysto, schludnie i bardzo ładnie udekorowana) najpierw musiałam ponad 5 minut czekać aż Pani zakończy swą telefoniczną debatę (tematy stricte prywatne). Po przedstawieniu mojej sprawy Pani zmęczonym głosem (jakże bardziej wycieńczonym niż podczas plotek telefonicznych!) zaczęła mi opisywać jak mój ewentualny bukiet by wyglądał i kosztował. Niestety - nie były to zachęcające wypowiedzi, Pani zupełnie nie rozumiała pojęcia "prosty i klasyczny bukiet" a cena którą skrupulatnie wyliczała kilka minut (przerywając ten proces maltretowaniem i tak zmęczonych róż, celem okazania swojej wizji tego bukietu) daleko odbiegała od znanych mi standardów w tej dziedzinie. W końcu podziękowałam Pani za usługę co jeszcze bardziej powiększyło widoczną niechęć jaką żywiła do mojej osoby,która śmiała przerwać jej tele - plotki). Nie oceniałabym tej placówki tak negatywnie, gdyby nie podejście tej Pani do klienta i fakt,że piękny i niedrogi bukiet, bez najmniejszego problemu załatwiłam następnego dnia. Widać można.
Znajdujący się pracownicy w sklepie starali się z całych sił pomóc wszystkim znajdującym się w sklepie klientom, a było ich sporo. Ciężko było swobodnie przymierzyć obuwie. Podczas mierzenia można było zauważyć pracowników, którzy chodzili pomiędzy regałami i udzielali swej pomocy klientom, lub też poprawiali mierzone obuwie stojące na regałach. Jednakże minusem była zbyt mała ilość pracowników w stosunku do potrzeb. Można było się spodziewać, że będzie spory ruch biorąc pod uwagę fakt, że po świętach zrobiono wyprzedaże na niektóre obuwie, dzięki czemu klienci powinni się skusić do odwiedzin sklepu.
Zaczyna to już być naprawdę denerwujące. W ubiegłym miesiącu powiedziałem dosadnie, że nie interesuje mnie oferta sieci Play do września przyszłego roku, gdyż do tego momentu mam podpisaną umową z innym dostawcą telefonii komórkowej. A tu raptownie przed świętami dwa dni pod rząd dzwoniły do mnie osoby z infolinii z propozycją podpisania umowy. Wyjaśniełem grzecznie, że nie jestem w tej chwili zainteresowany ofertą a także nadmieniłem, że umówiłem się na rozmowę w przyszłym roku. I co się okazało, że nie było żadnej wzmianki w systemie, że taka była umowa ze mną. Przecież przez takie dziłanie odechciewa się mi przyszłych kontamków z tą firmą.
W celu zapewnienia wyższej jakości usług używamy plików cookies. Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej bez zmiany ustawień prywatności przeglądarki, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie ich.