Siostra poprosiła mnie, abym będąc we Wrocławiu kupiła jej kardigan Orsay'a, którego nie było w sklepie w Białej Podlaskiej. W telefonie miałam spisany kod artykułu więc pomyślałam, że nie będzie najmniejszych problemów ze sprawdzeniem dostępności kardigana w innym sklepie Orsay'a.
Kiedy weszłam do sklepu okazało się, że jest tam bardzo dużo klientów. Na sali sprzedaży nie zauważyłam żadnej pracownicy więc ustawiłam się w długiej około 10 osobowej kolejce. Stałam tam około 15 minut, powoli tracąc cierpliwość. Widziałam, że przy kasach jest problem z wczytywaniem kuponów promocyjnych. Kiedy nadeszła moja kolej i poprosiłam kasjerkę, żeby sprawdziła czy mają w ofercie poszukiwany przeze mnie kardigan odpowiedziała mi, że mają zepsuty system i nie ma takiej możliwości. Przeprosiła mnie i powiedziała, że niestety nie może mi pomóc poszukać go na wieszakach bo jest duża kolejka. Rzeczywiście za mną ustawił się kolejny ogonek klientów. Postanowiłam sama rozejrzeć się po sklepie w poszukiwaniu kardigana. Przyznam, że nie było to zbyt łatwe bo w sklepie był bardzo duży ruch i dostęp do niektórych wieszaków był utrudniony. Chodząc po sklepie zauważyłam pracownicę na sali sprzedaży. Podeszłam do niej i zapytałam czy mogłaby mi pomóc. Wytłumaczenie jej o jaki kardigan mi chodzi było bardzo łatwe, bowiem pracownica miała na sobie dokładnie taki sweterek. Wskazała mi wieszaki z kardiganami. Niestety nie było czarnych, więc zdecydowałam się na zakup zielonego.
Ponownie musiałam odczekać około 10 minut w kolejce. Miałam jeszcze ważną kartę rabatową -20% więc skorzystałam z niej i zapłaciłam taniej za zakupy. W sklepie spędziłam około pół godziny. Uważam, że jest to zdecydowanie za długo na zakup konkretnej rzeczy, której nawet nie musiałam mierzyć.
Reklamy z rabatami -30%, -50% zachęcały do wejścia do sklepu. Postanowiłam wejść do środka i rozejrzeć się za jakimś okazyjnym zakupem.
Sklep ma dosyć sporą powierzchnię. Rozdzieliłam się ze swoim chłopakiem i poszliśmy odpowiednio na damską i męską stronę. W sklepie panował porządek. Często podczas akcji promocyjnych w sklepach panuje rozgardiasz, tutaj nie zauważyłam tego zjawiska. Pochodziłam chwilę między wieszakami i postanowił iść do działu męskiego, aby poszukać Michała (swojego chłopaka). Kiedy podeszłam do Michała okazało się, że wypatrzył sobie zimową kurtkę , która była objęta promocją -50%. Kiedy wśród wieszaków szukaliśmy rozmiaru XL podeszła do nas pracownica. Zapytała czy mogłaby nam pomóc. Kiedy powiedzieliśmy, że szukamy rozmiaru XL wybranej przez nas kurtki, pracownica poradziła nam aby Michał przymierzył rozmiar L. Uzasadniła to tym, że numery są zawyżone. Rzeczywiście rozmiar L pasował idealnie. Byliśmy bardzo zadowoleni, bowiem kurtkę kosztującą 300 zł, kupiliśmy za połowę ceny.
Podczas siedmiogodzinnej podróży trochę zgłodnieliśmy dlatego postanowiliśmy zatrzymać się w McDonaldzie. Chcieliśmy podjechać do McDrive, ale było w remoncie. Musieliśmy więc zaparkować i udać się do środka lokalu. Jak zwykle w Mc Donaldzie było dużo klientów. Traf chciał, że oprócz nas zatrzymał się również autokar z wycieczką. Kolejka zarówno do kas jak i toalet była bardzo długa.
Na szczęście udało się nam zająć stolik. Zamówiliśmy jedzenie ze strefy dobrych cen. Zamówiłam również Coca-colę. Jak zwykle w kubku było więcej lodu niż napoju. Moim zdaniem każdy klient powinien być pytany czy chce lód do napoju. Ja z pewnością bym odmówiła.
Aktualnie McDonald prowadzi akcję promocyjną, w której można wygrać wiele nagród. Przy opakowaniach na produkty z McDonald's znajdują się naklejki z polami z gry Monopol. Po uzbieraniu kompletu naklejek jednego koloru można wygrać grę Monopol oraz wiele innych nagród m. in. samochód. Jeden z moich kuponów również był szczęśliwy bowiem wygrałam małe cappuccino. Był to miły dodatek do obiadu w McDonalds.
Kiedy znajoma zaproponowała, abyśmy zjadły obiad w MultiFood miałam lekkie obiekcje. W lokalu wszystkie stoliki były zajęte, a jedzenie na wagę źle mi się kojarzyło. Moja koleżanka powiedziała, że muszę się zgodzić i jeszcze jej za to podziękuje. I rzeczywiście po opuszczeniu lokalu byłam jej wdzięczna, że pokazała mi to miejsce.
Wystrój lokalu był prosty i klasyczny. Bardziej przypominał lokal z jedzeniem typu fast-food niż serwujący typową kuchnię polską. Wszystkie stoliki w lokalu były zajęte. Przy jednym samotnie siedział mężczyzna, więc postanowiłyśmy się do niego dosiąść.
MultiFood serwował dania kuchni polskiej w formie samoobsługi. Oglądając danie samemu decydowało się co i w jakiej ilości sobie nałożyć. Wybór dań był bardzo duży np. makaron spagethii z różnymi sosami, gołąbki, naleśniki, racuchy, ziemniaki opiekane, frytki, karkówka, devolaye itd. Do każdego dania można było dokupić kubek kompotu za 1,70. Talerz z jedzeniem był ważony i płaciło się odpowiednią kwotę. Kilogram jedzenia kosztował 28,50. Mój talerz był naprawdę suto zapełniony i zapłaciłam jedynie 14 zł. Przy kasie dostałam kupon rabatowy w wysokości 10%. Była również 10% zniżka dla studentów. Lokal był czynny do godziny 21 i pół godziny przed zamknięciem zniżka wynosiła aż 50%.
Pracownica przy kasie była bardzo sympatyczna. Podczas liczenia mojego zamówienia zapytała czy nie posiadam żadnej zniżki i kiedy odpowiedziałam odmownie otrzymałam kupon ze zniżką na kolejne zamówienie.
Cegielnia mieści się w samym centrum Wrocławia. Jest to stylowa pubo-restauracją. Lokal jest bardzo duży i składa się z trzech pomieszczeń. My usiedliśmy w drugim z nich, gdzie była wygodna kanapa. Pomysłodawca wystroju Cegielni miał bardzo kreatywny umysł. najbardziej podobało mi się oświetlenie, przy którym znajdowały się teflonowe sztućce. Ze sztućców zwisających na linkach zrobione były również parawany między stolikami. Całość wyglądała rewelacyjnie i bardzo oryginalnie.
Jeśli chodzi o menu to tam również kryły się ciekawe niespodzianki. Jedną z nich było piwo podawane inaczej np. Kopniak-piwo z wiśniówką, piwo z sokiem pomidorowym przyprawione na ostro. Ja nie chciałam eksperymentować i zamówiłam sobie piwo ze Spritem. Cegielnia oferuje również pyszne jedzenie. Są tam najlepsze na świecie naleśniki i pyszne ogromne tosty. Ja zamówiłam sobie sałatkę za 13 zł. Porcja była tak ogromna, że musiałam zapakować resztę sałatki na wynos.
Obsługa w lokalu była sympatyczna. Nasze zamówienie było zrealizowane sprawnie. Z chęcią odwiedzę ten lokal ponownie.
Jednym z obiektów, które zwiedziłam we Wrocławiu była Katedra Wrocławska. Wewnątrz katedry panuje magiczna atmosfera. Tłum głośnych turystów przekraczając próg świątyni nagle milknie i jest opanowany.
Wyjazd na wieżę Katedry odbywa się windą i kosztuje 5 zł. Kwota ta stanowi ofiarę na renowację katedry.
W kolejce do windy czekało bardzo dużo osób. Kiedy weszłam do windy musiałam wstrzymać oddech, bowiem oprócz mnie było w niej 12 osób. Dodam, że winda nie należała do najnowszej generacji.
Na górze widniała informacja, że pisanie po hełmach grozi karą grzywny w wysokości 100 zł. Mimo tego ostrzeżenia hełmy były pomazane. Kolejny dowód na to jaką wizytówkę Polacy wystawiają sami sobie niszcząc dobra kultury.
Widok z katedry zapiera dech w piersiach. Jest to najlepszy punkt widokowy na panoramę Wrocławia. Mimo tego, że wjechaliśmy windą warto było nawet pokonać tysiące schodów, aby obejrzeć Wrocław z góry.
Zwiedzając Wrocław nie sposób nie udać się do tamtejszego Ogrodu Botanicznego. Być może listopad nie jest na to najlepszą porą, jednak dzień był tak słoneczny że postanowiliśmy zwiedzić to miejsce.
Przy wejściu znajdowała się budka z kasą. Siedziała w niej starsza kobieta po 60-tce. Byliśmy grupą 6 osobową, z czego czworo z nas miało zniżkę studencką. Kasjerka zaproponowała, że sprzeda nam sześć ulgowych biletów ze względu, że najpiękniejszy sezon w ogrodzie już minął. Jeden ulgowy bilet kosztował 5 zł. Poinformowała nas również, że szklarnie w ogrodzie są zamknięte. Nie powiedziała nam jaki jest tego powód.
Ogród okazał się przepiękny. Mimo tego, że okres kwitnienia większości roślin już minął ogród nadal był zadziwiający. z informacji na biletach dowiedzieliśmy się, że obiekt ten jest wpisany do rejestru zabytków kultury.
Całość jest bardzo ładnie zagospodarowana. W ogrodzie znajdowało się bardzo dużo ławeczek, na których można było przysiąść i poobserwować przyrodę. A było co, bowiem w obiekcie znajduje się około 12 000 gatunków i odmian roślin.
Powierzchnia ogrodu wynosi 7,48 ha. Spacerowaliśmy po nim prawie dwie godziny. Postanowiłam, że postaram się tam wrócić w okresie wiosennym.
Panująca na dworze temperatura sprawiła, że bardzo chciało mi się pić. Wstąpiłam więc do Biedronki, aby kupić jakiś sok. Bardzo lubię soki z serii Vitanella, dlatego wybrałam właśnie ten sok. Mimo godzin popołudniowych w Biedronce nie było zbyt wielu klientów. Można się było bezproblemowo poruszać po sali sprzedaży. Na sali sprzedaży było czysto. Jedynie w koszach z artykułami nieżywnościowymi panował lekki rozgardiasz. Szczególnie wśród zabawek.
Były czynne dwa boksy kasowe. Wybrałam ten z mniejszą kolejką. Przede mną stały dwie osoby. Miały jednak niewiele produktów, dlatego nie czekałam zbyt długo. Kasjerka powitała mnie mówiąc "dzień dobry" a na koniec obsługi podziękowała mi za zakupy.
Biedronka w C. H. SAS niedawno przeszła remont. Powierzchnia sklepu została powiększona co wpłynęła korzystnie na supermarket. Zostało również wprowadzone absurdalne rozwiązanie z wózkami. Na salę sprzedaży wchodzi się jednymi drzwiami a wychodzi drugimi. Chcąc wziąć wózek na zakupy trzeba wejść drzwiami wyjściowymi a następnie wyjść na korytarz w C. H. SAS i na salę sprzedaży wejść drugimi drzwiami. To rozwiązanie budzi nie małe kontrowersje wśród klientów. Niedawno widziałam jak staruszka z wózkiem starała się dostać na salę sprzedaży taranując klientów stojących przy boksach kasowych.
Nie ocenię działania całego Starostwa, ponieważ nie jestem tam częstym gościem (byłam tam tylko po odebranie prawa jazdy na początku 2008 roku oraz 2 razy w związku z rejestracją zakupionego samochodu). Napiszę na temat moich 2 wizyt w sierpniu 2009, kiedy to rejestrowałam swój samochód. Z zachowania jednej z pracownic jestem bowiem bardzo niezadowolona. Na miejscu nie było długich kolejek, razem z moim tatą (który jest współwłaścicielem samochodu) mogliśmy szybko wejść do odpowiedniego w pokoju w dziale Komunikacji. Obsługiwała nas młoda pani o czarnych włosach (choć ciemnowłosych pań jest tam więcej - dodaję na wypadek, gdyby ktoś czytający mógł niepoprawnie skojarzyć opis z kimś innym), która zachowała się bardzo nieprofesjonalnie, kiedy wyraziłam życzenie, żeby numer rejestracyjny mojego samochodu był indywidualny. Odradzała mi to, mówiąc, że to kosztuje (jakbym nie wiedziała). Powiedziałam, że znam koszty, czytałam na ten temat i jestem zdecydowana. Pani wtedy zajrzała w papiery mojego auta i wyraziła swoje zdanie, że to się "nie opłaca" uzasadniając to tym, że kupiony przeze mnie samochód jest z 2000 roku, czyli jej zdaniem za stary na to, żeby kupować do niego rejestrację. Mówiła, że przy dalszej odsprzedaży stracę tablicę. Powiedziałam, że wiem o tym, i że dopiero kupiłam samochód, a ona już mi mówi o dalszej odsprzedaży, oraz że jakby mnie było stać na nowy z salonu to bym kupiła, ale kupiłam taki na jaki mnie stać. Poza tym pani nie widziała na oczy mojego samochodu - to nie jest zdezelowany grat: dobrze wygląda, jest bardzo zadbany i w moim ulubionym kolorze, indywidualna rejestracja nie kontrastowałaby z jego wyglądem. Pani niechętnie zaczęła przeprowadzać procedurę. Podała mi papiery i kazała wpisywać różne rzeczy, jak się po chwili okazało, coś źle wpisałam, bo nie wyjaśniła, że trzeba to było zrobić w inny sposób, a po jej minie widziałam, że miała małą satysfakcję z mojego błędu. Następnie pracownica zadzwoniła do koleżanki z innego działu, żeby się o coś dopytać i powiedziała do niej "Bo mam tutaj panią, która chce indywidualną rejestrację... Tak... No nie wiem, ja bym takiej nie chciała... Niektórzy chcą, ja bym nie chciała, nawet jakby za darmo było" i zaczęła się jawnie śmiać zerkając złośliwie w moją stronę. Potem dokończyłyśmy formalności już bez złośliwości (pani wyraźnie sobie już ulżyła) i zostałam poproszona o zadzwonienie za 2 tygodnie. Po 2 tygodniach zadzwoniłam i przez telefon powiedziano mi, że rejestracja jest już gotowa. Po przyjściu do starostwa nie było kolejek, od razu dostałam rejestrację. Była ta sama pani co wcześniej, ale tym razem nie było już żadnych komentarzy i moja wizyta szybko się zakończyła. Jednak pierwsza wizyta w związku z rejestracją pozostawiła we mnie niesmak. Rażące było to, że pani interesowała się sprawami, które nie powinny ją obchodzić - to moja sprawa, na co wydaję swoje pieniądze. Tato (który podczas pierwszej wizyty był biernym obserwatorem) powiedział po wyjściu, żeby się nie przejmować, bo widać wyraźnie, że pracownica jest zazdrosna. Nie sądzę, żeby miała o co - jest osobą pracującą, więc zarabia pieniądze. Sprawiała wrażenie, jakby uważała, że indywidualna rejestracja to jakaś fanaberia, ale chyba nie wie, że to dość powszechne i często spotykane na ulicach. Nie wie też, że było to moje marzenie (mieć samochód w ulubionym kolorze, ze swoją ksywką na tablicach) i że sobie na tę tablicę zaoszczędziłam nie kupując innych rzeczy, a także targując ze sprzedawcą z komisu odpowiednią cenę samochodu, ale o tym wszystkim jej oczywiście nie powiedziałam, bo nie powinno ją to obchodzić. Powinna wykonywać swoją pracę, ale widocznie w takich miejscach brakuje czasem "rozrywki" i pracownicy sami jej szukają na różne sposoby. Na szczęście od tamtego czasu starostwa nie odwiedziłam, nie wiem więc czy coś się zmieniło.
Po remoncie wystrój lokalu jest naprawdę fajny jednak pogorszyła się jakość i kuchni i obsługi. Długo czekałyśmy na kelnera za to kiedy już przychodził był miły i starał się być pomocny. Jednak czas pomiędzy chwilami kiedy do nas "zaglądał" był stanowczo zbyt długi. Zmienione menu wygląda nieźle, szkoda tylko, że trzech z wybranych przez nas potraw chwilowo nie było... Jednak to co zamówiłyśmy było dość smaczne i dobrze podane chociaż spodziewałyśmy się większych wrażeń kulinarnych.
Sklep Eko w Jaworze nie należy do moich ulubionych. Nie podoba mi się ciasnota panująca w sklepie oraz ogólny, niezbyt estetyczny wygląd budynku (na początku był on obskurny, potem odnowiony z zewnątrz i trochę wewnątrz, jednak z zewnątrz został znowu podniszczony - prawdopodobnie przez przechodzących tędy wieczorami ludzi). Dzisiaj po wejściu do sklepu nie było tak ciasno - nie było chyba ostatnio dużych dostaw, nie było więc żadnych palet itp. Była wystarczająca ilość koszyków. Dwie aleje były ciasne, bo na ich środku porozkładany jest towar przeznaczony do kupienia, co jest w tym sklepie już tradycją. Wybrałam 2 desery z działu nabiałowego i podeszłam do kasy. Czynna była jedna kasa, na taśmie zaś nie było miejsca na wyłożenie towaru, bo prawie cała taśma była czymś zastawiona - kolejno były to: słodkie bułki do kupienia, owoce kiwi do kupienia oraz jakiś koszyk z produktami, nie wiadomo czyj - na pewno nie pani przede mną, która zdołała wyłożyć swój towar na taśmę i była właśnie obsługiwana. Dla mnie miejsca na wyłożenie towaru nie zostało, co akurat nie było problemem, ale jeśli ktoś miałby cięższe zakupy i musiałby stać w dłuższej kolejce to zastawiona taśma by mu przeszkadzała. Pani po skasowaniu moich produktów wydała mi resztę 2 grosze, tymczasem ja stałam nadal i czekałam na paragon (potrzebowałam go, bo desery były dla innej osoby, która mi miała oddać pieniądze). Pani jednak nie zauważyła, że czekam, bo oderwała paragon i miała zamiar go wyrzucić, zapytałam więc, czy mogę prosić swój paragon. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem (chyba spowodowanym tym, że zakupy były na małą kwotę), ale powiedziała "proszę" i dała paragon. Nie mam większych zastrzeżeń do tutejszej obsługi. Czasem panie są "w innym świecie", "zapominają" klienta przywitać albo pożegnać, ale obsługa przebiega szybko i sprawnie.
Kolejny postój w mojej podróży miał miejsce na stacji Shell w Krasowej. Tam również postanowiliśmy skorzystać z toalety. Ponownie się rozczarowaliśmy. W toalecie nie było papieru i mydła. Poza tym panował tam drażniący nozdrza zapach.
Jeśli chodzi o parking przy stacji to był on w remoncie i musieliśmy zatrzymać się przy dystrybutorze z paliwem.
Weszliśmy do sklepu przy stacji. Chciałam kupić chipsy na drogę. Jak powszechnie wiadomo artykuły zakupione na stacjach są zazwyczaj dużo droższe niż w zwykłych sklepach. Nie chcąc okazać zdziwienia przy kasie zapytałam sprzedawcę ile kosztują chipsy Wiejskie Ziemniaczki. Moje pytanie wynikało z tego, że nie widziałam ich ceny na półce. Pracownica wydała się bardzo oburzona moim pytaniem i odburknęła mi, że wszędzie są ceny. Powiedziałam jej, że nie widzę ceny akurat tych chipsów. Wówczas kasjerka poprosiła mnie, abym podała jej opakowanie i zeskanowała produkt przy kasie. Podała mi cenę 4 zł. Byłam trochę głodna i nie chciałam narażać się pracownicy więc kupiłam chipsy. Jednak obsługę w tym sklepie zapamiętam jako nieprzyjemną.
Podczas ponad siedmiogodzinnej podróży postanowiliśmy zrobić sobie mały przystanek, aby dotlenić organizm. Zaparkowaliśmy na stacji Statoil w miejscowości Janki. Przy okazji postoju postanowiliśmy skorzystać z toalet. Jedynym plusem owych toalet było to, że były bezpłatne. Nie spełniały one żadnych standardów czystości. W toalecie nie było papieru ani mydła. Najgorsze jednak był to, że w toalecie było zepsute oświetlenie i panowały tam egipskie ciemności. Chcąc skorzystać z toalety musiałam przyświecać sobie telefonem komórkowym.
Wstyd mi za polskie toalety na stacjach benzynowych. Obcokrajowcy podróżujący po Polsce od razu dostają tam naszą wizytówkę i kreują sobie wizerunek Polaka, jako osoby zacofanej i żyjącej w brudzie.
Będąc dzisiaj w sklepie Schlecker chciałam zakupić m.in. szampon i odżywkę do włosów. Niestety okazało się, że stoisko ze środkami do pielęgnacji włosów jest niekompletnie wyposażone (co nie pierwszy raz się zdarza), np. był szampon z jakiejś serii, ale nie było do niego odżywki albo brakowało maski z tej samej serii. Wobec tego wybrałam inny szampon i inną odżywkę. Stoisko z tuszami do rzęs (też nie pierwszy raz) było nieestetyczne - niektóre pojemniczki z tuszami, które brałam do reki, były zakurzone, inne były brudne od tuszu. Na półeczkach też były ślady tuszu. Zdarzyło mi się w tym sklepie na przestrzeni lat kupować tusze do rzęs, które wydawały mi się przestarzałe albo lekko zaschnięte (daty ważności nie widziałam na nich żadnej), natomiast kilka miesięcy temu kupiłam tutaj - na szczęście tani - tusz, który był naprawdę konkretnie podeschnięty. Teraz trzymając w ręku wybrany tusz widziałam napis, żeby nie otwierać tuszy w sklepie, ale nie zamierzałam kupować kosmetyku za 27 zł, a potem stwierdzić w domu, że nadaje się tylko do kosza. Otworzyłam tusz, żeby zobaczyć, czy na szczoteczce nie ma grudek zaschniętego kosmetyku - nie było, więc włożyłam go do koszyka. Tusz nie wyglądał też na otwierany przez klientki, bo był mocno zakręcony (niektóre wyglądają na używane). Następnie chciałam kupić gąbeczkę do pudru, bo moja się zniszczyła. Zauważyłam 2 rodzaje gąbeczek - tańsza z nich kosztowała 5,99 zł, czyli sporo jak na malutką gąbeczkę. Postanowiłam zapytać sprzedawczynię, czy nie mają może jeszcze innych do wyboru. Jedna z pań miała właśnie przerwę i była na zapleczu, druga podeszła w pobliże zaplecza i rozmawiała z koleżanka. Podeszłam do niej i zapytałam, czy te 2 rodzaje gąbeczek to wszystkie, jakie są dostępne. Pani odparła, że tak. Jak się za chwilę okazało, nie była to prawda, bo kawałek dalej na stojaczku były jeszcze inne gąbeczki. Nie wiem, czy coś jeszcze takiego było. Nie chciało mi się szukać, wzięłam więc tą wcześniej upatrzoną za 5,99 zł i poszłam do kasy. Widząc mnie przed kasą, pani (ta z którą wcześniej rozmawiałam) od razu podeszła i szybko i sprawnie skasowała towar. Ceny w sklepie są atrakcyjne, często są promocje (akurat dziś szampon i odżywka zakupione przeze mnie były w promocji), tylko w ofercie brakuje często wielu produktów, trzeba czekać na dostawy, a jak już przyjdą, to zdarza się, że w asortymencie i tak nie ma tego, co kiedyś było dostępne. Zauważyłam też, że w okresie letnim towar promocyjny wykładany jest na dworze wraz z cenami, co na pewno zachęca klientów do zakupów, ale i prowokuje do kradzieży - wydaje mi się, że niejeden raz te produkty mogły zostać ukradzione przez kogoś (nie były w żaden sposób zabezpieczone), bo nie zawsze ktoś z obsługi pilnuje, co dzieje się na zewnątrz, a monitoring jest tylko w środku.
Na dworu w Białej Podlaskiej znajdują się dwie kasy biletowe. Każda z nich należy do innej spółki i chcąc kupić bilet na pociąg osobowy i bilet powrotny na pociąg pośpieszny trzeba stać dwa razy w kolejce do dwóch oddzielnych kas. Cała ta sytuacja jest dla mnie paranoją.
Akurat potrzebowałam biletu na pociąg osobowy, dlatego ustawiłam się w kolejce przy odpowiedniej kasie. Przede mną bilet kupowała tylko jedna osoba, dlatego nie musiałam czekać zbyt długo. Kobieta pracująca w kasie biletowej była bardzo sympatyczna. Kiedy już miałam odejść od okienka, kasjerka zapytała mnie czy nie chciałabym podpisać petycji, aby przy najbliższej zmianie rozkładu jazdy nie zabierano pociągów. Bardzo często jeżdżę pociągami, dlatego bez chwili wahania podpisałam petycję.
Wstąpiłam do sklepu, aby przed zbliżającym się dniem wolnym zaopatrzyć się w pieczywo. W sklepie było sporo klientów, więc musiałam ustawić się w jednej z długich kolejek. Kiedy nadeszła moja kolej kasjerka zapytała mnie czego potrzebuję i podała mi pieczywo. Dodam, że sklep jest bardzo dobrze zaopatrzony w różnego rodzaju pieczywa. Oprócz zwykłego białego chleba można tam kupić chleb razowy, orkiszowy czy chleb ze śliwkami. Kiedy skierowałam się w kierunku wyjścia zauważyłam, że w sklepie przeprowadzana jest degustacja wędlin. Miałam chwilę czasu do pociągu, dlatego postanowiłam skorzystać z promocji.
Akcja promocyjna dotyczyła wędlin z Sokołowa Podlaskiego. Oprócz plasterków wędlin można było spróbować grillowanego mięska. Hostessa przeprowadzająca promocję była bardzo sympatyczna. Wędlina bardzo mi posmakowała, dlatego przy najbliższych zakupach na pewno zwrócę uwagę na wyroby z Sokołowa Podlaskiego.
Sklep Polo Market powstał w miejsce jedynego kina "Jubilat" w Jaworze, które zostało zlikwidowane. Po wnętrzu sklepu można jeszcze poznać, że było to kino (co zdradza "filarowata" budowa ścian przy kasach), ale myślę, że wszystko zostało bardzo dobrze rozplanowane i zagospodarowane. Na górze jest sklep meblowy, a na dole Polo Market, dział monopolowy Polo Marketu, salonik Kolporter i mały sklepik z ubraniami, można więc kupić różnorodne rzeczy. Parking przed Polo Marketem nie jest jakiś szczególnie mały, ale ciężko się na nim pomieścić - często wszystkie miejsca są zajęte. Rzadko bywam w Polo Markecie, bo na nogach nie opłaca mi się chodzić (za daleko), natomiast kiedy jestem samochodem, często nie ma gdzie stanąć, więc rezygnuję i jadę do pobliskiej Biedronki. Dzisiaj akurat znalazło się miejsce. Niestety nie było dla mnie koszyka - ostatni wziął pan wchodzący do sklepu przede mną. Rozglądałam się, czy dodatkowe koszyki nie stoją gdzieś w pobliżu kas, ale żadnego nie było, poszłam więc bez koszyka. W oczy rzucały się liczne papierki i paragony leżące na podłodze. Towar był raczej estetycznie rozłożony poza stoiskiem z produktami nie-spożywczymi, gdzie był istny misz-masz, różne rzeczy pomieszane ze sobą i ściśnięte. Obok siebie w koszach na towary były np. czapki i płyn do płukania tkanin. Ceny do wszystkiego były, choć trzeba było chwilkę się upewnić, która jest do czego. Dwie kasy marketu były nieczynne, a właściwie panie pracujące je zamykały (były zaabsorbowane jakąś sprawą, z ich rozmów wynikało, że jest jakiś problem i muszą to zrobić) i kierowały wszystkich klientów na stoisko monopolowe, aby tam zapłacili za zakupy. Sprzedawczyni przy stoisku monopolowym była wyjątkowo miła i uśmiechnięta (z identyfikatora wynika, że to pani Ania), każdego klienta miło i z uśmiechem obsługiwała, życząc miłego dnia.
Klub na Jatkach znajduje się w bardzo atrakcyjnej lokalizacji. Jest usytuowany bardzo blisko centrum, jednak na spokojniejszej ulicy. W sąsiedztwie Klubu na Jatkach znajdują się artystyczne galerie.
Lokal dzieli się na dwie części: barową i dyskotekową. W związku z tym, że wybraliśmy się na piwo, usiedliśmy w części barowej. Na sali panował półmrok, tworzyło to klimatyczną atmosferę. Wystrój lokalu utrzymany był w tonacji czerwienie. Oprócz czerwonych ścian były tam również czerwone zasłony i kanapy.
Na ścianie wisiał plakat, że w czwartki studenci za Warkę i Wyborową płacą 5 zł. Była również informacja, że w każdy czwartek jest muzyka na żywo.
My wybraliśmy się do klubu w sobotę, ale również trafiliśmy na promocję. Do trzech piw Żywiec, czwarte było gratis. Jeśli chodzi o ceny, to nie były zbyt wygórowane. Za piwo z sokiem imbirowym zapłaciłam 8zł.
Ogólnie Klub na Jatkach oceniam bardzo dobrze. Jest to idealne miejsce na spotkania ze znajomymi. Przyjemną atmosferę w lokalu oprócz wystroju tworzyli pracownicy i lubiana przeze mnie rockowa muzyka.
Mieliśmy ochotę na Kebaba, więc zdaliśmy się na rekomendacje znajomej i wybraliśmy się do lokalu Spartan Kebeb. Była to typowa budka gastronomiczna. Jedzenie było jedynie na wynos, więc byliśmy zmuszenie jeść na stojąco stojąc na chodniku.
Sam lokal wyglądał schludnie. Pomieszczenie miało oszkloną ścianę, dlatego dokładnie widzieliśmy cały proces tworzenia kebabów. Pracowali tam Polacy. Mieli na sobie eleganckie czarne uniformy z firmowym znaczkiem.
Jeśli chodzi o menu to opierało się ono głównie na różnych rodzajach kebaba. Przeciętna cena za kebab bez dodatków wynosiła 10 zł. My wybraliśmy wersję bardziej bogatą z prażoną cebulką i podwójnym serem za 17 zł.
Jeśli chodzi o sam kebab, to nie spełnił on moich oczekiwań. Główną jego wadą było to, że był zimny. W związku z tym część kebaba wylądowała w koszu a w moich ustach pozostał jedynie nieprzyjemny posmak cebuli.
Wybrałam się do Biedronki, aby kupić proszek do prania. Często proszki są w promocyjnych cenach, ale niestety dzisiaj musiałam zakupić ten produkt w cenie regularnej. Za 2 kg proszku Persil do kolorów zapłaciłam 19,95 zł, co i tak jest znacznie niższą ceną niż w innych sklepach.
Wchodząc do Biedronki z nad kołowrotka wzięłam ulotki reklamowe. W Biedronce szykuje się akcja oferowania prezentów pod choinkę. Część produktów z gazetki, jest już do kupienia w Biedronce. Są to bardzo dobre jakościowo produkty, znanych na rynku firm np. Fisher Price. Ich cena jest atrakcyjniejsza niż w sklepach zabawkowych.
Jestem zadowolona z dzisiejszej wizyty. W sklepie było czysto, nie zauważyłam żadnych rażących niedociągnięć. Na sali sprzedaży nie było zbyt dużo klientów, dlatego była otwarta tylko jedna kasa. Kasjerka miała problem z wydaniem mi pieniędzy i zapytała czy nie mogłabym dać jej drobniejszej lub wyliczonej sumy. Niestety nie posiadałam innych pieniędzy, więc kasjerka musiała mi wydać. Mimo tej sytuacji, kasjerka cały czas była życzliwa i nie dała mi odczuć swojego zdenerwowania.
W celu zapewnienia wyższej jakości usług używamy plików cookies. Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej bez zmiany ustawień prywatności przeglądarki, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie ich.